Obserwacje, inspiracje, dywagacje, fakty, akty przemocy i niemocy, artefakty, zmory i potwory
Kategorie: Wszystkie | Cała Prawda | Gówno Prawda | Tylko Fikcja | Święta Prawda
RSS
piątek, 12 maja 2006
Cała Prawda o tym blogu

Panie i Panowie, blog Motyla noga zostaje zamknięty na czas nieokreślony. Z powodów następujących:

1. Zmęczyło mnie systematyczne - raz lepsze, raz gorsze - ukrywanie oczywistego faktu, że tak naprawdę nie mam nic do powiedzenia. Zdarzały mi się wpisy, w których ukrywałam ten fakt wyjątkowo zręcznie - pewnie mało kto się połapał, że są o niczym. Co do innych wpisów - to zamiast nadawać im najrozmaitsze tytuły, mogłabym równie dobrze zamieścić je pod zbiorczym tytułem Nie-Mam-Nic-Do-Powiedzenia-Ale-Sobie-Piszę. Tak czy inaczej, prawda wychodzi na jaw: nie mam nic do powiedzenia.

2. Uświadomiłam sobie, że tak naprawdę wcale nie lubię internetu. Korzystanie z niego przynosi mi więcej szkody niż pożytku, a to dlatego, że korzystam zbyt często i zbyt intensywnie.

Kiedy pod koniec stycznia zostałam Podłączona, z miejsca uznałam internet za Objawienie i spełnienie wszelkich moich potrzeb, jakie kiedykolwiek miałam. Kto czytał Sklepik z marzeniami Kinga, ten wie, czym takie coś się może skończyć. A kto nie czytał, ten się może domyślić.

Innymi słowy: zaczynam być uzależniona. A że nie chcę być, to zmniejszam intensywność korzystania, poprzez zaprzestanie pisania bloga.

3. Rzeczy szybko mi się nudzą. Nie potrafię nic robić długo i systematycznie. (Jedyną rzeczą, którą udało mi się w życiu robić długo i systematycznie z własnej woli, to trenowanie karate).

4. Nie jestem Blogerką. Chciałam po prostu sprawdzić, co to znaczy "pisać bloga". Jak macie ochotę zobaczyć Blogerów (tych prawdziwych), to sobie poklikajcie w linki, które mam w zakładkach pod hasłem "Tu zaglądam".

Nie chcę ogłaszać, że definitywnie zamykam tego bloga i do końca świata nic więcej już tu nie napiszę. Bo jeszcze się niebawem weźmie i okaże, że nie mogę żyć bez wypisywania tutaj tych swoich dyrdymałów, będę chciała wrócić, i co? Głupio byłoby tak wszystko odwoływać...

No to znikam. Z internetu - tylko na krótką chwilę. Z bloga - nie wiem, na Ile.



czwartek, 11 maja 2006
An...anto...tenno...antonim Naiwności

Coś tam kiedyś przebąkiwałam, że nierzetelność mediów, i że sceptycyzm, ale do granic... A ponieważ Sceptycyzm jest jednym z moich ulubionych Izmów, to podejrzewam, że będzie powracał co jakiś czas na Łamy tego bloga jak niegdyś Kurski do PiS-u.

No to macie: fragment mojego eseju nt. Sceptycyzmu, napisanego kiedyś na potrzeby studiów.

Nie jest łatwo być sceptykiem dzisiaj, tak jak nie było łatwo w starożytności. Sceptycy pyrrońscy, zaprzeczając możliwości poznania prawdy, a co za tym idzie, wątpiąc w wartość ludzkiego poznania, nie stawiali się w najłatwiejszej sytuacji. Potrzeba wiele odwagi, aby kwestionować to, co inni uważają za pewne i stałe. Potrzeba też wiele uwagi, aby głosząc sceptyczne poglądy, samemu zachować wobec nich sceptycyzm. To ostatnie wydaje mi się wręcz niemożliwe do zrealizowania: sceptyk pewny własnych poglądów może je głosić, ale wtedy nie będzie sceptykiem, a sceptyk sceptyczny wobec własnych poglądów nie ma uzasadnienia, żeby w nie wierzyć i żeby je głosić...

Rozumienie pojęcia sceptycyzm zmieniło się od czasów starożytnych i dziś już poglądy osób uważających się za sceptyków nie są chyba aż tak radykalne. Gdybym miała określić, co rozumiem przez sceptycyzm, powiedziałabym, że jest to wstrzymywanie się przed pochopnym wydawaniem sądów, szukanie potwierdzenia albo zaprzeczenia dla jakiejś hipotezy, zanim zacznie się ją traktować jak pewnik, świadomość, że żadna wiedza nie jest absolutna, rozważanie wielu możliwości, poszukiwanie, sprawdzanie, krytycyzm. Tak rozumiany sceptycyzm funkcjonuje, lepiej lub gorzej, w myśleniu naukowym, ale nie jest on główną cechą naszego myślenia codziennego.

Bycie sceptykiem dzisiaj, mimo że już nie tak radykalne jak w starożytności, wymaga dużego wysiłku. O wiele łatwiej jest przyjąć bez zastanowienia kolejną informację, która brzmi wiarygodnie, niż przyjrzeć się jej krytycznie, sprawdzić źródło i porównać z innymi.

Wierzymy w obiegowe opinie głoszone przez dziennikarzy, prezenterów tv, specjalistów od marketingu, wreszcie przez naszych znajomych. Wierzymy, że margaryna jest zdrowsza od masła, że wykorzystujemy 10% możliwości naszego mózgu (inne wersje to 5%, 7%, 19%), że Tusk przeprosił za moherową koalicję. Nie rozpatrujemy różnych aspektów danej sprawy: nie porównujemy innych niż zawartość tłuszczu, właściwości masła i margaryny, nie wnikamy w to, w jaki sposób ktoś mógł obliczyć te 10% mózgu, nie zauważamy, że TVN i TVP pokazało zupełnie różne relacje z „przeprosin” Tuska, a wszystko było kwestią odpowiedniego pocięcia materiału.

Przynajmniej przez pierwszych kilkanaście lat życia wierzymy autorytetom. Jesteśmy wychowywani tak, żeby słuchać kto mówi, a nie co się mówi. Rodzice, pani w szkole, ksiądz, zawsze wiedzą lepiej. Z wiekiem stajemy się nieco bardziej krytyczni, ale często lubimy zwalniać się od myślenia na rzecz zaufania autorytetom (...)

Sceptyczne podejście do płynących zewsząd informacji wymaga dużo uwagi i wysiłku. Nie sądzę aby możliwe było permanentne zachowywanie sceptycyzmu wobec wszystkiego – taka postawa kosztowałaby mnóstwo energii i bardzo utrudniała codzienne funkcjonowanie. Warto jednak wątpić, aktywnie poszukiwać, sprawdzać i powstrzymywać się od kategorycznych osądów, biorąc poprawkę na to, że możemy się mylić. Odrobina sceptycyzmu jest bardzo pożądana w niektórych sytuacjach, np. kiedy słuchamy przedwyborczych obietnic polityków.

wtorek, 09 maja 2006
Najdurniejsza rzecz pod Słońcem

Czuliście się kiedyś tak, jakby ktoś wrzucił was do grafomańskiego filmu albo do odcinka jakiegoś wyjątkowo głupiego serialu? Robiliście kiedyś najdurniejszą rzecz pod Słońcem? Ja robiłam, parę razy. A przypomniałam sobie dziś rano jak robiłam kawę

Co ma do tego kawa? Już mówię. To było jakieś 2 - 3 lata temu, kiedy pojechałam w góry z Klubem Turystycznym Psychologów (swoją drogą taka ze mnie Turystka, jak i Psycholog...). No i któregoś pięknego ranka chciałam sobie zrobić kawę. Ot, zwykła moja codzienna potrzeba, druga według ważności - po powietrzu. Bo nawet najczystsze i najbardziej orzeźwiające górskie powietrze nie zastąpi mi kawy. (Co ja gadam, powietrzem się oddycha, a pić coś trzeba. Z rana najlepiej coś z kofeiną). Po wsypaniu kawy, wlaniu wody i dolaniu mleka sięgnęłam po pojemnik z czymś białym, co wzięłam za cukier. I nie będzie chyba dla nikogo zaskoczeniem jeśli powiem, że to coś białe okazało się solą. A przekonałam się o tym po pierwszym łyku, poczynionym, rzecz jasna, na oczach świadków. Wyjątkowo durne, nie? Zupełnie jak w sitcomie.

Ale to jeszcze nie wszystko! Po przerwie pokażemy państwu Adę siedzącą w pociągu i zapamiętale bazgrzącą na... No właśnie: na czym? Tego dowiedzą się państwo po przerwie. Zostańcie z nami!

--
PRZERWA NA DYGRESJĘ

Jestem cholernie uzależniona od kawy. Dopóki się jej rano nie napiję, czuję się jak chodzący trup, a ludzie boją się ze mną rozmawiać. Najbardziej lubię kawę rozpuszczalną, z niewielką ilością mleka i dwiema łyżeczkami cukru. Lubię też z ekspresu, ale wtedy to musi być sati waniliowa.

KONIEC PRZERWY NA DYGRESJĘ
--

Przed przerwą widzieliście Adę sypiącą sobie sól do kawy. A teraz czas na obiecaną Adę w pociągu.

Jechałam sobie, jak codzień, pociągiem relacji Małkinia (albo Tłuszcz) - Warszawa Wileńska. Jechałam na zajęcia, wyglądałam przez okno i nagle przyszła mi do głowy Myśl. Myśl bardzo szybko zaczęła się rozwijać i przybierać interesujące kształty. No to pomyślałam: zapiszę. Wyjęłam długopis, sięgnęłam po zeszyt - w końcu jechałam na zajęcia, a jak się jedzie na zajęcia, to zeszyt musi gdzieś być. Sięgnęłam - a tu figa! Zeszytu nie ma. Jest butelka z wodą, jest książka z biblioteki, a zeszytu nie ma. To może chociaż jakaś kartka? Jakakolwiek? Kartki też nie znalazłam. Po bilecie kolejowym bałam się pisać. No to co miałam zrobić? Wyjęłam te chusteczki i zaczęłam pisać. Zapisałam jedną, ale za to z dwóch stron, drobnym maczkiem. Za podpórkę służył mi portfel.Czułam się cholernie idiotycznie. Przez całą drogę pisałam na chusteczce higienicznej, i jednocześnie modliłam się, żeby nikt nie zwrócił na to uwagi. (Nie wiem, czy ktoś zwrócił, bo nie patrzyłam...)

Przedstawione tu sceny były wykonywane pod Ścisłym Nadzorem.

Dzieci, nie róbcie tego w domu.



poniedziałek, 08 maja 2006
Laptoki

Skoro już jesteśmy przy zmorach i potworach, opowiem wam o laptokach. Śnił mi się dziś jeden. Wczoraj też. I przedwczoraj, i przed-przedwczoraj...

Jakiś miesiąc - może dwa - temu, miałam już serię snów o laptokach. Na szczęście krótką serię. A teraz ni stąd, ni zowąd, laptoki wróciły. Jeśli mam być całkiem szczera, to nie wiem, czy zawsze śni mi się ten sam laptok, czy co noc inny. Podejrzewam, że ten sam, bo niewiele się zmienia. Zawsze ma bardzo ostry monitor i bardzo płaską klawiaturę. I zawsze gram na nim w jakąś grę, Need For Speed Ileśtam, albo wariacje na jej temat.

Czy to różne laptoki, czy ten sam - to jednak najmniejszy problem. Prawdziwy problem to zasadność obecności laptoka w moich snach. No bo ja rozumiem - obsesja, albo monomania. W takim wypadku laptoki miałyby prawo mi się śnić, kiedy tylko by zechciały, o dowolnej porze dnia i nocy. Ale rzecz w tym, że nie mam w tej chwili żadnej obsesji ani monomanii. A już w szczególności nie mam ich na punkcie laptoków. Mało tego - LAPTOP nigdy nie był przedmiotem mojego pożądania. W zupełności wystarcza mi zwykły komputer, który spełnia, raz lepiej a raz gorzej, swoje podstawowe funkcje: łączy mnie z internetem i odtwarza i nagrywa DVD.

No to Ki Diabeł napuścił na mnie te laptoki? Po jaką cholerę co noc śni mi się laptok? To już zaczyna być męczące i nudne - bo żeby jeszcze co drugą noc, albo chociaż jakoś zasadniczo różne laptoki... Ale nie. Co noc, co pieprzoną noc, śni mi się czarny laptok z bardzo ostrym monitorem i bardzo płaską klawiaturą, na którym to laptoku gram sobie w coś na kształt Need For Speed. No kurde, jakiś obłęd!

sobota, 06 maja 2006
Posłuchajcie kolegi

I zacznijcie myśleć. Zamiast załamywać ręce i biadolić, kto to się znowu dostał do koryta.

Bo ja się zapytuję skąd to całe halo i oburzenie, że Giertych z Lepperem są wice. Jakby byli w czymś gorsi od Dorna i Gilowskiej. Ludzie czy wy w ogóle wiecie co mówicie? Dla mnie w zsadzie powstanie tej koalicji nawet nie jest czymś gorszym niż to co było, bo nawet bez tych barwnych postaci w rządzie i tak był kaczyzm i w ogóle było najgorzej jak się da.. Jak dla mnie rząd z wczoraj i ten z dziś niczym się nie różni, jest tak samo beznadziejny. Bo niby co złego w tym, że Giertych ma ministerstwo edukacji? Wprowadzi obowiązkową religię do szkół? HAHAHA! A Lepper? No właśnie co złego w tym, że ktoś doświeadczony zarówno politycznie jak i w pracy na roli jest ministrem rolnictwa? Myślicie, że jakiś wypierdek po historii sztuki (bo mniej więcej tym się zajmował minister Jurgiel) był lepszy? Dla mnie zmiana na tym stanowisku to nawet zmiana na lepsze. Powiedzą cham. A "spieprzaj dziadu" prezydenta najjaśniejszej to nie chamstwo?(...)

Naprawdę nie dajmy się zmanipulować prasie i myślmy samodzielnie. Każdy w końcu wie, że Polsce zostało już mało do rozpieprzenia a nowa koalicja będzie zbyt zajęta kampanią wyborczą d osamorządów by skutecznie działać (to znaczy rozpieprzać), a gdzieś koło września czy października rozpadnie się, bo wszyscy będą wszystkich oskarżać o wbijanie noża w plecy. Pewnie wszyscy bedą mieli rację(...)

Sama nie miałam najmniejszego zamiaru podejmować tej tematyki, bo już od dawna poraża mnie jałowość jakichkolwiek rozważań o polityce. Warto przeczytać cały tekst Vilarda, bo dotyka istoty rzeczy i, w pewien sposób, właśnie o tej jałowości mówi.



Wieści z remanentu: Moje drugie studia

Rzuciłam moje pierwsze studia, zastanowiłam się co chcę robić w życiu, nauczyłam się do egzaminów i zdałam na drugie studia. Nowe, lepsze, ciekawsze...

Czasem tylko próbowały mnie nachodzić myśli o jakimś deszczu i jakiejś rynnie, ale dzielnie stawiałam im opór i nie dawałam im się rozwinąć.

Moje studia są specyficzne. Dają szerokie pole do gimnastyki umysłowej. A jak trzeba, to i jest się z kim napić. I chyba o to w tym wszystkim chodzi, prawda?

...

Tematem pewnych zajęć na pierwszym roku były impresje jednych osób z grupy na temat drugich. Grupa snuła impresje, a pani dr prowadząca zbierała je do kupy i dodawała swoje:

          21.01.2003 (wtorek)

Jaka jest różnica między łódką a na przykład samochodem? Otóż taka, że jak się wsiada do na przykład samochodu, to ma się pod nogami równy grunt i do tego jakąś pewność, że się gdzieś tam dojedzie. A jak się wsiada do łódki, to się nie ma ani równego gruntu, ani żadnej pewności. Łódka buja i trzęsie, a jak się do niej wsiądzie, to można się wywrócić, utonąć i umrzeć!

A na osiedlu Górczewska stoją sobie rządkami bloki. I na tymże osiedlu, obok tychże bloków, w jakimś wybitnie niewymiarowym miejscu stoi sobie domek. Mały, z czerwonej cegły i z innej bajki. I to tak stoi, że i ludzie, i samochody, chcąc nie chcąc, muszą go ominąć, jeśli marzy im się na owo osiedle dostać.

Tak, mniej więcej, wyglądają impresje pani D. na mój temat. Czyli, podsumowując: bujam się, jestem z czerwonej cegły i z innej bajki, jak ktoś chce na mnie wsiąść, to może się wywrócić, a jak ktoś chce się dostać na osiedle Górczewska, to musi mnie ominąć.


Na pierwszym roku poznałam też miłościwie panujący na moim Wydziale paradygmat:

13.02.2003 (czwartek)

Wczorajszy wykład z procesów poznawczych:

Dr H. wyjaśnił jak trafić do pokoi, w których urzęduje (naprzemiennie? równocześnie?!). "Zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie budynek naszego wydziału od strony takiej i siakiej. Odliczcie tyle i tyle okien od góry i tyle i tyle od prawej. I tam właśnie mieszkam."

Przez resztę czasu dr R. opowiadała o okropnych behawiorystach i wspaniałych psychologach poznawczych. Szczególnie interesujące było przejście: powojenna Europa - powojenna Anglia - podziemia ("dziś w podziemiach naszego wydziału jest więcej behawiorystów niż wtedy było w Anglii"). Swoją drogą, ciekawe dlaczego H. i s-ka urzędują na drugim piętrze. Powinni co najmniej na czwartym. A najlepiej na poddaszu.

A ja w tym czasie:

- zanotowałam datę narodzin psychologii poznawczej (11 września 19?? - przypadek?...),
- zanotowaną datę pogrubiłam,
- pogrubioną datę wzięłam w kółko,
- datę w kółku wzięłam w kwadrat,
- narysowałam ducha czasu (bo paradygmat to duch czasu).





piątek, 05 maja 2006
Wieści z remanentu: Moje pierwsze studia

Zrobiłam remanent. Komputerowy.

Kiedy zamieniałam stary komputer na nowy, całą zawartość pierwszego skopiowałam na dyskietki. Co nie było trudne i czasochłonne, zaważywszy jaką pojemność miał tamten dysk twardy... Że całą zawartość, to może trochę wyolbrzymiłam. Skopiowałam wszystkie pliki tekstowe, owoc mojego wieloletniego wysiłku, głównie naukowego - twórczego i odtwórczego: prace roczne, prace zaliczeniowe, artykuły o AB mozolnie wyszukiwane z bazy science direct i systematycznie gromadzone. A oprócz tego trochę własnej radosnej twórczości, m.in. piosenkę z czasów licealnych opiewającą szkołę, opowiadanie z czasów licealnych opiewające szkołę, historyjkę z czasów wczesnostudenckich o dzieciach zagubionych w lesie i ich konfrontacji z potworami, a do tego jeszcze wielgachny plik o szumnej nazwie "Mein Tagesbuch".

Dyskietki z tym wszystkim przewalały się przez ponad trzy miesiące, bo mój nowy komputer nie został wyposażony w stosowną kieszeń (mogłam go wyposażyć, ale mi się nie chciało). Zbierałam się strasznie długo, żeby to wszystko wrzucić sobie na maila z wydziałowej komputerowni, bo to w końcu mnóstwo roboty. (Tak wiem, są nowocześniejsze sposoby na takie rzeczy, ale ja nie umiem/nie wiem/ nie znam się). No i się zebrałam, bo doszłam do wniosku, że jak sie nie zbiorę w najbliższym czasie, to w końcu doczekam chwili, kiedy już żaden komputer nie będzie wyposażony w stację dyskietek. A szkoda by było stracić tyle rzeczy: jedne o ogromnej wartości utylitarnej, inne o ogromnej wartości sentymentalnej.

"Mein Tagesbuch" na przykład. Z grupy "sentymentalnej". Taki dziennik (któryś z kolei, ale pierwszy niezeszytowy), pisałam sobie przez jakiś czas po maturze. Większość jego treści, po ewentualnym rozwinięciu niektórych skrótów myślowych, nadawałaby się na bloga.

No to wrzucam dwie notki, wspomnienie mojej krótkiej przygody ze studiami polonistycznymi. (Poszłam tam po maturze, bo poza polskim nic wówczas nie umiałam. Dostałam się z wyróżnieniem, postudiowałam trzy miesiące i rzuciłam to w cholerę - wybór najlepszy z możliwych.)

30.10.2001

Uroczyście oświadczam, że programowe niechodzenie na pewne ćwiczenia zawieszam na czas nieokreślony. Drogą nagłego olśnienia doszłam do wniosku, że aby świadomie coś omijać, najpierw trzeba rzecz dokładnie poznać. Całkiem dobrze wkompononowuje się to w mój światopogląd. Do owego przebłysku geniuszu nie doszłoby zapewne w innych niż nastąpiły, okolicznościach, to znaczy, gdyby te jędze wpisały mnie na listę na poetyce. Ale nie wpisały!

4.11.2001

Minął miesiąc, mijają święta, a ja mam pretekst żeby przymierzyć się do wstępnej oceny stanu rzeczy. Istnieje wprawdzie ryzyko że czeka mnie nieskończona ilość takich przymiarek w nieskończenie krótkich odstępach czasu, każda w celu zweryfikowania poprzedniej, ale kto, u diabła, każe mi to wszystko spisywać?! Moje wrażenia po miesiącu praktycznego bycia studentką Wydziału Polonistyki na UW są tak różnorodne, że choćbym nie wiem jak się uparła, to i tak nie wyciągnęłabym z tego żadnej jednoznacznej, generalizującej oceny, którą później miałabym, albo - co wydaje mi się bardziej prawdopodobne- nie miałabym, co jakiś czas weryfikować, i jeszcze o tym wszystkim pisać. W zamian ograniczę się do dwóch-trzech przypadkowych, ale bardzo istotnych spostrzeżeń:

1. Nie jest dobrą rzeczą organizowanie sobie jakichkolwiek wymagających elementarnej wydolności intelektualnej zajęć w godzinach między 17.30 a 19.00 w dni parzyste, podczas gdy w nieparzyste (jak ja nie lubię poniedziałku!) trzeba wstawać skoro świt, a nawet wcześniej.

2. Na lektoraty języków obcych najlepiej zapisywać się nie w terminie, a w czasie korekty, i to ostatniego dnia. To jedyny sposób na uniknięcie kilkugodzinnego postoju w kolejce i rozczarowania spowodowanego brakiem miejsc na angielskim, a owocującego nagłym i niezamierzonym zainteresowaniem innym językiem - np. fińskim, którego lektoraty później systematycznie się bojkotuje.

3. We własnym, szeroko rozumianym i dobrze pojętym interesie lepiej za bardzo nie ufać zdeklarowanym punkom, hardkorowcom, karatekom, kujonom, idiotom, humanistom, ścisłowcom, komiksiarzom, rolnikom, cyklistom i zdeklarowaym niezdeklarowanym.



czwartek, 04 maja 2006
O czosnku

Czosnek (Allium) jest rośliną z rodziny liliowatych. Jest kuzynem cebuli, pora, szczypiorku i szalotki. Jest nazywany "cuchnącą różą".

Miałam sen. O czosnku. Ze snu dowiedziałam się całej prawdy o tym jak posługiwać się czosnkiem, żeby był skuteczny. W walce z demonami.

Najpierw pojawił się w moim pokoju Demon - Cień, przedsmak grozy, w cieniowym płaszczu i kapeluszu. Załatwiłam go długim prętem - specjalnie się nie stawiał, bo składał się wyłącznie z cienia. Zanim jednak go załatwiłam, zdążył mi oznajmić, że nazywa się Omen, co dało mi do myślenia - w kwestii czy mogę zapomnieć o demonach i wrócić do zwykłych zajęć.

Długo z resztą nie musiałam myśleć. Bo kiedy wyjrzałam przez okno, zobaczyłam, że czeka na mnie cały zastęp demonów, już jak najbardziej materialnych, pokaźnych chłopów. Tak się złożyło, że wszyscy nagle chcieli ze mną walczyć i, jak przypuszczałam, posłać mnie do wszystkich diabłów.

Wyszłam do nich z prętem, ale mi go zabrali. Zamierzyłam się, żeby zamalować głównego demona pięścią w paskudnego ryja, ale główny demon założył mi dźwignię. Szybko się z tej dźwigni wyswobodziłam, co zaskutkowało niebotycznym zdumieniem demona. Za jego zdumieniem szło kompletne odrętwienie, co natychmiast wykorzystałam. Pobiegłam do domu po czosnek. Chwyciłam szybko za główkę czosnku, a przy okazji i za wielki nóż, i z takim uzbrojeniem wybiegłam walczyć z demonami. Czosnek wrzuciłam do kieszeni - w końcu zawsze lepiej mieć dwie ręce do dyspozycji. Na wszelki wypadek. Nóż z resztą też był na wszelki wypadek - po co mi nóż na demony, skoro można je załatwić czosnkiem.

I tu się zdziwiłam. Te cholerne potwory zachowywały się, jakby czosnek nie robił na nich żadnego wrażenia. Równie dobrze mogłabym mieć w kieszeni liść kapusty. Puściłam wiązankę przekleństw, a tematem wiązanki była moja własna głupota. Nie wzięłam krzyża. A mogłam. Nawet gdyby i krzyża się nie przestraszyły, zawsze pozostawała możliwość wsadzenia go między oczy (z jednoczesnym dźgnięciem nożem w brzuch). A czosnek to mogę najwyżej sobie zjeść. I brzydko pachnieć. Tylko po co, jak demony i tak się go nie boją?

Jak tylko się pokazałam, szybko zostałam otoczona przez zastęp demonów. Ich szef zaczął na mnie iść, a jego zgraja próbowała mnie przytrzymać. Zaczęło się robić niebezpiecznie. W przypływie desperacji wyjęłam z kieszeni czosnek i zaczęłam nim intensywnie wymachiwać... Efekt był natychmiastowy i - dosłownie - porażający: coś błysnęło, coś buchnęło i większość demonów rozleciała się na strzępy. A te nieliczne, które się nie rozleciały, bez trudu wykończyłam nożem.

Pamiętajcie, dzieci: nie chowajcie czosnku w kieszeni, kiedy przyjdzie wam walczyć z demonami. Czosnek trzeba trzymać na wierzchu. Najlepiej obwiesić się całą wiązanką. Albo wymachiwać demonom przed oczami.

środa, 03 maja 2006
O cieście - albo - Mój ulubiony dyrdymał cz. 3

Bo wiecie, z tym przeglądem literek to ja tylko żartowałam... A przechodząc z miejsca do meritum, czyli do ciasta:

Cias to pieniądz.

Dyrdymał taki, że aż nie chce mi normalnie przejść przez klawiaturę. A przy tym prawdziwy...

Cias to pieniądz. A ile go trzeba cenić ten tylko się dowie, kto go (s)tracił. A ja tracę czas metodycznie i systematycznie. Tracenie czasu doprowadziłam do absolutnej perfekcji.

Perfekcyjne tracenie czasu opiera się na założeniu, że z czasem jest jak z ciągiem liczbowym. Mamy absolutnie nieprzekraczalny deadline na zrobienie czegoś, tak jak mamy absolutnie nieprzekraczalną granicę ciągu. Ktoś bystry pewnie się zaraz zorientuje, że między obiema rzeczami tkwi podstawowa różnica, taka mianowicie, że do granicy ciągu nigdy się nie dochodzi, można tylko się do niej zbliżać, za każdym razem o coraz mniejszy odcinek, i tak w nieskończoność... Deadline natomiast wcześniej czy później następuje. Różnica ta jednak, w świetle mojej metafory, jest tylko pozorna. Mało tego - właśnie ta pozorna różnica scala obie rzeczy i to właśnie na tej pozornej różnicy opiera się cała metafora.

A już konkretnie, idzie mi o to, że tracenie czasu, kiedy ma się coś ważnego do zrobienia i nieprzekraczalny termin na to, przypomina ciąg liczbowy z granicą X. Dochodzenie do deadline'u jest jak dochodzenie do granicy w X-sie. Liczby w ciągu zbliżają się do X-a, ale nie mogą go dosięgnąć, bo za każda kolejna liczba zbliża się o coraz mniejszą odległość. Analogicznie, zbliżając się do deadline'u tracąc czas, zbliżamy się za każdym razem o coraz mniejszą odległość. Ale nigdy go nie osiągamy w stanie traconego czasu. Bo kiedy przychodzi deadline, mamy już za sobą i cały stracony czas i czas pracy. Czas pracy następuje wtedy, kiedy zdecydujemy się przerwać ciąg tracenia czasu. Jest on zatem odległością między (arbitralnie wybranym) miejscem przerwania ciągu a deadlinem.

Idea perfekcyjnego tracenia czasu polega na tym, żeby ta odległość była jak najmniejsza. Perfekcyjne tracenie czasu przychodzi oczywiście... z czasem. W moim przypadku były to lata praktyki, ze szczególnym uwzględnieniem czterech lat liceum.

A oto przykłady moich osiągnięć w perfekcyjnym traceniu czasu:

W liceum raz na zawsze znienawidziłam matmę. I kiedy tylko przychodził termin sprawdzianu, odkładałam uczenie się do niego na możliwie najbardziej ostatnią chwilę. Doszłam w tym do takiej perfekcji, że wstawałam o 5-tej nad ranem tego w dzień sprawdzianu i zaczynałam się uczyć. Później zorientowałam się, że nie zawsze muszę wstawać o 5-tej. Czasem wystarczyło o 6-tej, pod warunkiem, że sprawdzian był pod koniec dnia - wtedy mogłam wykorzystać przerwy. Czasem posuwałam się jeszcze dalej: wystarczały mi dwie 20-minutowe przerwy między lekcjami, żeby spisać wszystkie wzory i liznąć trochę teorii. Ale to rozwiązanie stosowałam rzadko, bo było zbyt ryzykowne. (Rezultaty: ocena między 2 a 5, z reguły 3).

Od tamtej pory nie wyszłam z wprawy. Wręcz przeciwnie, rozwinęłam umiejętność perfekcyjnego tracenia czasu, pisząc prace zaliczeniowe wg następującego schematu: 1) zbieram się przez tydzień, 2) dzień przed terminem oddania obiecuję sobie że dziś to już na pewno zaraz zacznę pisać i 3) zaczynam pisać tego dnia, kiedy jest termin oddania - wstaję rano, ok. 3 godziny przed wyjściem z domu i piszę. (Z reguły wychodzi całkiem nieźle).

Ogłaszam konkurs na perfekcyjne tracenie czasu: kto przebije moje przykłady ze sprawdzianami z matmy i pracami zaliczeniowymi, ten dostanie nagrodę - wirtualne oklaski od współuczestniczki wirtualnego bagna! ;-)



niedziela, 30 kwietnia 2006
-

Nie mam dziś nic szczególnego do powiedzenia, ale piszę z następującego powodu:

Widzicie ten kalendarz, o tam, na górze, po prawej? Dzięki temu wpisowi będę miała cały dolny rządek na biało. Inaczej bym nie miała. Taki kaprys.

Życzę wszystkim miłego dnia!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6