Obserwacje, inspiracje, dywagacje, fakty, akty przemocy i niemocy, artefakty, zmory i potwory
sobota, 03 czerwca 2006
Homo kerfurens

O kerfurze i ludziach w nim chodzących już kiedyś odrobinę pisałam. A dziś napiszę jeszcze raz, więcej, od nowa.

HOMO KERFURENS - CZYLI BEŁKOT AKADEMICKI O LUDZIACH Z KERFURA
Autorka: Ada O.

Od najmłodszych lat moje zainteresowania wyraźnie kierowały się w stronę nauk społecznych. Zachowania ludzkie stanowią fascynujący obiekt obserwacji i temat rzekę na wielogodzinne upajające
1) dyskusje. Jednym z niewątpliwie intrygujących aspektów bogatej nauki o ludzkich zachowaniach jest psychologia tłumu.
Wszak człowiek to zwierzę stadne
2). Socjobiologicznie3a) rzecz ujmując, można by się pokusić4) o tezę, że tworzenie skupisk, obok dążenia do ekspansji genów, jest drugim nadrzędnym celem homo sapiens.3b) 5)
W dobie
6) rozrastających się błyskawicznie sieci hipermarketów, dostrzec można wyłanianie się nowego gatunku człowieka: homo kerfurens. Ów gatunek wyewoluował na wiele różnych sposobów. Najbardziej godnym uwagi przykładem homo kerfurens są ludzie z kerfura na wileńskim.
Kerfur na wileńskim tym różni się od pozostałych kerfurów, że stanowi połączenie centrum handlowego i poczekalni na dworcu kolejowym. Wskutek tego niezwykłego połączenia, został on zdominowany przez niezliczone masy ludzi z podwarszawskich prowincji. Kerfur to dla nich swoista Mekka
7), do której tłumnie8) przybywają i którą chwilę później opuszczają, aby niedługo znów do niej powrócić. Niektórzy z nich odwiedzają kerfur codziennie jako przystanek w drodze do szkoły lub pracy (i z powrotem).9)
Wiekowe kobiety z ogromnymi torbami z plecionki
10); chłopcy z wygolonymi głowami ubrani w dresy11); dziewczęta z intensywnym makijażem stukające szpilkami i głośno żujące gumę12); niechlujni mężczyźni w średnim wieku, wokół których unosi się woń alkoholu13); każdy pędzi w swoją stronę w poszukiwaniu zakupów14), każdy próbuje wywalczyć dla siebie kawałek przestrzeni, niejednokrotnie używając w tym celu łokci. To są właśnie homo kerfurens. Ludzie, dla których kerfur stanowi naturalny ekosystem, i którzy wyewoluowali tak, aby radzić w nim sobie doskonale.
Oczywiście daleka jestem od stwierdzenia, że każdy homo kerfurens to rozpychający się łokciami dzikus
15). Tym niemniej tak wygląda przekrojowy obraz tej jakże interesującej grupy. 16)


1) rzekę i upajające - fajne zestawienie!
2) brawa za odkrywczość! A co to jest ten Wszak?
3a i 3b) Warto wciskać socjobiologię wszędzie gdzie się tylko da, bo to przecież modne. Nie szkodzi, że zdanie jest kompletnie bez sensu.
(Jak już koniecznie musi być ta socjobiologia - to tworzenie skupisk nie dążenia do ekspansji genów, a obokjako przejaw dążenie do ekspansji genów. Bo socjobiologia traktuje wszystko jako przejaw dążenia do ekspansji genów).
4) Pokusić to się można o co innego. Albo skusić. I będzie skucha.
5) Tworzenie skupisk jako CEL? Trzeba chyba na głowę upaść, żeby tak twierdzić. Tworzenie skupisk jako WYNIK czy też jako PRZEJAW, ale, na litość boską, nie jako cel!
6) A nie lepiej: w dupie?
7) Porównanie mało wyszukane, idiotyczne i kompletnie niemerytoryczne.
8) Po cholerę ten głupi przysłówek? Żeby było o jedno słowo więcej?
9) Nie niektórzy, tylko miażdżąca większość.
Kerfur na wileńskim jest dla miażdżącej większości ludzi z kerfura tym, czym dla ludzi z centralnego są tamtejsze podziemia.
10) Nie powiem przecież: stare baby z siatami, bo to niepoprawne politycznie.
11) Nie powiem przecież: dresiarze.
12) Nie powiem przecież: pindeczki.
13) Nie powiem przecież: śmierdzące pijaczki.
14) Albo w poszukiwaniu wyjścia. Albo w poszukiwaniu WC...
15) Akurat! Parę linijek wcześniej dwa razy użyłam słowa każdy.
16) Dzięki Bogu to już koniec. Bo zrobiło mi się niedobrze od wypisywania tych bredni.

To tyle z tworzenia mojego własnego Bełkotu Akademickiego i jego analizy. Zrobiłam to z czystej chęci pastwienia się, ale też trochę z Miłości Bliźniego - w końcu pastwiłam się nad swoim własnym, wymyślonym na tę potrzebę, tekstem.

A wnioski - to już każdy jakie chce albo i nie chce, niech sobie wyciąga albo i nie wyciąga.


Klienci, którzy kupili ten produkt

Przyjechały do mnie książki. Przyjechały wczoraj, zapakowane w pudełko i spowodowały moje duże zdziwienie. Nie pudełko, rzecz jasna, ani też jego zawartość, były przedmiotem mojego zdziwienia - tylko fakt, że książki przyjechały tak wcześnie. Przy przewidywanym terminie dostawy 2 - 5. 06. 2006, mając w pamięci moje przygody z neostradą, prędzej byłam skłonna uwierzyć, że książki nie przyjadą nigdy - niż że przyjadą 2. 06. (Moje przygody z neostradą polegały na tym, że kurier miał trzy razy wyznaczaną datę aby przyjść z neostradą i trzy razy nie przyszedł. Gdyby miał wyznaczoną czwartą datę, też by nie przyszedł. Trzeba było iść samemu).

Na fakturze wypisane są następujące tytuły:
  • Dziennik 1953-1969 t. 1-3, Witold Gombrowicz,
  • Trans-Atlantyk, Witold Gombrowicz,
  • To, Stephen King,
  • Gra Geralda, Stephen King,
  • Rose Madder, Stephen King,
  • Oliver Twist, Charles Dickens,
  • Sklepy cynamonowe/Sanatorium pod klepsydrą, Bruno Schulz.
Dokonując (mojego Pierwszego W Życiu!) Zamówienia Przez Internet, nieźle namieszałam w zestawieniach pt. Klienci, którzy kupili ten produkt, kupili też. No jakżeż to tak: King obok Gombrowicza. King obok Schulza. Dickens obok Gombrowicza. No przecież ten Gombrowicz to literatura dla Ęteligentów, którzy nic z niego nie rozumieją, a udają że rozumieją i się zachwycają. A King? Literatura dla głupków. Nic tylko krew i fruwające flaki. Schulz? Schizofreniczny bełkot, trzeba być pierdolniętym, żeby to czytać. No, Dickens jeszcze ujdzie - w końcu to Klasyka...

P.S. Lubię czytać recenzje, bo one zawsze rzucają na autorów i ich książki zupełnie nowe, nieznane mi światło. Światło, o którym nawet mi się nie śniło:

Trzytomowy "Dziennik" stworzył normę powojennej polszczyzny literackiej, stał się podręcznikiem stylu bycia i stylu pisania, specyficznego humoru, tragizmu, dawał lekcję stosunku do Polski i fundamentalnych zagadnień ontologicznych. Nadal pozostaje obowiązkowym podręcznikiem ludzi prawdziwie światłych, a jednocześnie jest kluczem do wielu zagadek Gombrowiczowskiej poetyki i światopoglądu.


czwartek, 01 czerwca 2006
I ani minuty dłużej

Pojechałam do BUW-u. Oddać książki. I przez dłuższy czas tam nie wracać. Bo to strasznie daleko ode mnie z domu. A z Wydziału - droga nie bardzo przyjemna. (Prawdę mówiąc: bardzo nieprzyjemna. I trzeba dużo iść na piechotę). A poza tym będę miała swoje książki!

Kilka dni temu połączyłam się z internetem. Jak zapewne doskonale się orientujecie (bo trąbię o tym każdemu, kto tylko chce słuchać), odzwyczajam się od internetu. W związku z tym połączyłam się tylko na pięć minut - i ani minuty dłużej. Sprawdzę tylko pocztę i cześć, wracam do pożytecznych zajęć.

Po sprawdzeniu poczty, przejrzeniu wiadomości z czterech portali i przeczytaniu nowych notek z dwudziestu blogów (oczywiście bez komentowania żadnej, bo przecież sukcesywnie ograniczam czas spędzany w internecie, prawda?), stwierdziłam, że koniecznie muszę - już, teraz, zaraz - zamówić sobie kilka książek. Wyszukiwanie i porównywanie księgarni wysyłkowych i składanie zamówienia zajęło mi cztery godziny. (Bo przecież trzeba się poważnie zastanowić co kupić, a i nie zaszkodzi przeczytać recenzje wszystkich nowości, jakie tylko się pojawiły w ciągu ostatniego roku...)

A dziś przysłali mi mejla, że moje zamówienie właśnie do mnie jedzie - i przyjedzie lada dzień!

Toteż pojechałam do BUW-u, szczęśliwa, że oddam to, co wypożyczyłam i przez dłuższy czas nie będę musiała się tam fatygować. Bo książki do czytania będę miała - nie dość że pod ręką, to w dodatku swoje własne. A BUW zupełnie jakby wiedział, że ja tam wpadnę tylko Oddać, i był na tę okoliczność należycie przygotowany - w kolejce stały tylko dwie osoby, przy czterech obsługiwanych stanowiskach! Sytuacja wręcz wymarzona. Oddam książki, trzy minuty i po wszystkim, mogę jechać do domu.

Zaraz, zaraz... A niby dlaczego mam od razu jechać do domu, zważywszy ile czasu tłukłam się tu z Wydziału, a już szczególnie zważywszy, ile czasu będę się tłukła stąd do domu? I wszystko po to, żeby wejść do BUW-u i z niego wyjść za trzy minuty? Skoro już tu jestem, to skorzystam z dobrodziejstw kulturalnych, jakie mi oferuje biblioteka. O! już wiem! Pójdę sobie do "Pisarzy polskich 1960 - 2000", znajdę Stasiuka, przejrzę, i się w duchu ponabijam. Może go nawet obsmaruję na blogu? Zawsze mnie zastanawiało, co sprawia, że taki straszliwy grafoman jest tak cholernie popularny w niektórych kręgach. I do tego ta plaga stasiukowszczyzny... Hmm... Jeśli już tak jadę na niego w różnych dyskusjach, a przy tym chcę go obsmarować na blogu, wypadałoby przeczytać choć jedną całą książkę, a nie - po dwie kartki z każdej. Aa co mi tam - wypożyczę. I, rzecz jasna, już stąd idę.

Poszłam, nie wiedzieć czemu, okrężną drogą. I zupełnie niechcący natknęłam się na Mrożka. Ludzie masowo pooddawali wszystkie jego dramaty i zbiory opowiadań - w tym jeden zbiór, na który czekałam bezskutecznie od momentu, kiedy się zapisałam do BUW-u...

Nie powiem, że nie wiem, jakim cudem znalazłam się przy półkach z literaturą amerykańską - bo (niestety) doskonale wiem: tak jak zawsze, sprawdzając etykietki, zanim weszłam w odpowiedni zaułek. Wyliczałam już wam kiedyś miejsca, w których potrafię się zgubić? Jednym z takich miejsc jest BUW. Na szczęście wszystko jest pooznaczane, więc znalezienie tego, czego akurat potrzebuję, jest tylko kwestią (niekiedy dość długiego) czasu.

Ludzie chyba się zmówili, żeby dziś pooddawać wszystkie książki, na których zwrot bezskutecznie czekałam od lat... Jak tylko zobaczyłam autobiograficzną książkę Kinga, błyskawicznie ją zgarnęłam, żeby przypadkiem nikt mnie nie uprzedził. Przecież tego nigdzie nie można teraz kupić - bo "nakłady wyczerpane", a wypożyczyć też nie można - bo "w czytaniu".

Tym oto sposobem wypożyczyłam z BUW-u trzy książki. I za miesiąc znowu muszę tam jechać.


środa, 31 maja 2006
Noga znów tupie

Jeszcze tylko wytrę buty - żeby nie nanieść błota. Jeszcze tylko znajdę klucz... Ten nie, ten nie, ten też nie, o! jest! Trochę zardzewiały, ale otwiera bez problemu.

Rety, jak ta klamka skrzypi! Ciiicho, bo się jeszcze zbudzi jakieś Licho.
Duszno tu. I czuć stęchlizną. (A czego ja się spodziewałam? Woni świeżutkiego rosołu? Fakt, zgłodniałam, zjadłabym coś).

Na dodatek strasznie tu ciemno. Przydałoby się trochę światła.

O. Teraz znacznie lepiej.

Boszszsztymój... ile tu kurzu! Aaaaapsik! I pajęczyn. Boicie się pająków? Bo ja nieszczególnie. Szczególnie boję się glist, węży i rybików; poza tym śmierci, starości i dożywotniej samotności. Pająki są mi doskonale obojętne.

Będę tu wpadać od czasu do czasu, raz częściej, raz rzadziej. I będzie tu nieco inaczej - niż było. To przez te wichury. Wiały, wiały i zerwały linię telefoniczną wyłączyły opcję komentowania. Na razie tak pozostanie. Jeśli ktoś ma ochotę Skomentować, Skrytykować, Zasugerować, Zapytać, czy Pogadać - niech pisze na maila. Odpowiedź gwarantowana, choć niekoniecznie natychmiastowa - bo ostatnio trochę mniej mnie w internecie, jak zapowiadałam.

W dalszym ciągu będzie O Niczym. Dodatkowo tymczasowo rezygnuję z przydzielania różnych rodzajów Niczego do różnych kategorii.

Czernie i szarości to doskonałe środowisko dla Zmór i Potworów, które - jak podejrzewam - nieco częściej będą tu manifestować swoją obecność. Może nawet sama nieraz będę Zmorą, Potworem, albo jednym i drugim. Niemniej jedak Zmory i Potwory nie zdominują treści - musi przecież starczyć miejsca dla Obserwacji, Inspiracji, Dywagacji, Faktów, Aktów i Artefaktów.

No. I tyle. Wszyscy gotowi? Można zaczynać? Zatem otwieram nasz program już! Panie i panowie, gasimy światła, kurtyna w górę:

NOGA ZNÓW TUPIE.

A motyle znów fruwają. (Czy to może wróble były? - nieważne... ;-)


piątek, 12 maja 2006
Cała Prawda o tym blogu

Panie i Panowie, blog Motyla noga zostaje zamknięty na czas nieokreślony. Z powodów następujących:

1. Zmęczyło mnie systematyczne - raz lepsze, raz gorsze - ukrywanie oczywistego faktu, że tak naprawdę nie mam nic do powiedzenia. Zdarzały mi się wpisy, w których ukrywałam ten fakt wyjątkowo zręcznie - pewnie mało kto się połapał, że są o niczym. Co do innych wpisów - to zamiast nadawać im najrozmaitsze tytuły, mogłabym równie dobrze zamieścić je pod zbiorczym tytułem Nie-Mam-Nic-Do-Powiedzenia-Ale-Sobie-Piszę. Tak czy inaczej, prawda wychodzi na jaw: nie mam nic do powiedzenia.

2. Uświadomiłam sobie, że tak naprawdę wcale nie lubię internetu. Korzystanie z niego przynosi mi więcej szkody niż pożytku, a to dlatego, że korzystam zbyt często i zbyt intensywnie.

Kiedy pod koniec stycznia zostałam Podłączona, z miejsca uznałam internet za Objawienie i spełnienie wszelkich moich potrzeb, jakie kiedykolwiek miałam. Kto czytał Sklepik z marzeniami Kinga, ten wie, czym takie coś się może skończyć. A kto nie czytał, ten się może domyślić.

Innymi słowy: zaczynam być uzależniona. A że nie chcę być, to zmniejszam intensywność korzystania, poprzez zaprzestanie pisania bloga.

3. Rzeczy szybko mi się nudzą. Nie potrafię nic robić długo i systematycznie. (Jedyną rzeczą, którą udało mi się w życiu robić długo i systematycznie z własnej woli, to trenowanie karate).

4. Nie jestem Blogerką. Chciałam po prostu sprawdzić, co to znaczy "pisać bloga". Jak macie ochotę zobaczyć Blogerów (tych prawdziwych), to sobie poklikajcie w linki, które mam w zakładkach pod hasłem "Tu zaglądam".

Nie chcę ogłaszać, że definitywnie zamykam tego bloga i do końca świata nic więcej już tu nie napiszę. Bo jeszcze się niebawem weźmie i okaże, że nie mogę żyć bez wypisywania tutaj tych swoich dyrdymałów, będę chciała wrócić, i co? Głupio byłoby tak wszystko odwoływać...

No to znikam. Z internetu - tylko na krótką chwilę. Z bloga - nie wiem, na Ile.



czwartek, 11 maja 2006
An...anto...tenno...antonim Naiwności

Coś tam kiedyś przebąkiwałam, że nierzetelność mediów, i że sceptycyzm, ale do granic... A ponieważ Sceptycyzm jest jednym z moich ulubionych Izmów, to podejrzewam, że będzie powracał co jakiś czas na Łamy tego bloga jak niegdyś Kurski do PiS-u.

No to macie: fragment mojego eseju nt. Sceptycyzmu, napisanego kiedyś na potrzeby studiów.

Nie jest łatwo być sceptykiem dzisiaj, tak jak nie było łatwo w starożytności. Sceptycy pyrrońscy, zaprzeczając możliwości poznania prawdy, a co za tym idzie, wątpiąc w wartość ludzkiego poznania, nie stawiali się w najłatwiejszej sytuacji. Potrzeba wiele odwagi, aby kwestionować to, co inni uważają za pewne i stałe. Potrzeba też wiele uwagi, aby głosząc sceptyczne poglądy, samemu zachować wobec nich sceptycyzm. To ostatnie wydaje mi się wręcz niemożliwe do zrealizowania: sceptyk pewny własnych poglądów może je głosić, ale wtedy nie będzie sceptykiem, a sceptyk sceptyczny wobec własnych poglądów nie ma uzasadnienia, żeby w nie wierzyć i żeby je głosić...

Rozumienie pojęcia sceptycyzm zmieniło się od czasów starożytnych i dziś już poglądy osób uważających się za sceptyków nie są chyba aż tak radykalne. Gdybym miała określić, co rozumiem przez sceptycyzm, powiedziałabym, że jest to wstrzymywanie się przed pochopnym wydawaniem sądów, szukanie potwierdzenia albo zaprzeczenia dla jakiejś hipotezy, zanim zacznie się ją traktować jak pewnik, świadomość, że żadna wiedza nie jest absolutna, rozważanie wielu możliwości, poszukiwanie, sprawdzanie, krytycyzm. Tak rozumiany sceptycyzm funkcjonuje, lepiej lub gorzej, w myśleniu naukowym, ale nie jest on główną cechą naszego myślenia codziennego.

Bycie sceptykiem dzisiaj, mimo że już nie tak radykalne jak w starożytności, wymaga dużego wysiłku. O wiele łatwiej jest przyjąć bez zastanowienia kolejną informację, która brzmi wiarygodnie, niż przyjrzeć się jej krytycznie, sprawdzić źródło i porównać z innymi.

Wierzymy w obiegowe opinie głoszone przez dziennikarzy, prezenterów tv, specjalistów od marketingu, wreszcie przez naszych znajomych. Wierzymy, że margaryna jest zdrowsza od masła, że wykorzystujemy 10% możliwości naszego mózgu (inne wersje to 5%, 7%, 19%), że Tusk przeprosił za moherową koalicję. Nie rozpatrujemy różnych aspektów danej sprawy: nie porównujemy innych niż zawartość tłuszczu, właściwości masła i margaryny, nie wnikamy w to, w jaki sposób ktoś mógł obliczyć te 10% mózgu, nie zauważamy, że TVN i TVP pokazało zupełnie różne relacje z „przeprosin” Tuska, a wszystko było kwestią odpowiedniego pocięcia materiału.

Przynajmniej przez pierwszych kilkanaście lat życia wierzymy autorytetom. Jesteśmy wychowywani tak, żeby słuchać kto mówi, a nie co się mówi. Rodzice, pani w szkole, ksiądz, zawsze wiedzą lepiej. Z wiekiem stajemy się nieco bardziej krytyczni, ale często lubimy zwalniać się od myślenia na rzecz zaufania autorytetom (...)

Sceptyczne podejście do płynących zewsząd informacji wymaga dużo uwagi i wysiłku. Nie sądzę aby możliwe było permanentne zachowywanie sceptycyzmu wobec wszystkiego – taka postawa kosztowałaby mnóstwo energii i bardzo utrudniała codzienne funkcjonowanie. Warto jednak wątpić, aktywnie poszukiwać, sprawdzać i powstrzymywać się od kategorycznych osądów, biorąc poprawkę na to, że możemy się mylić. Odrobina sceptycyzmu jest bardzo pożądana w niektórych sytuacjach, np. kiedy słuchamy przedwyborczych obietnic polityków.

wtorek, 09 maja 2006
Najdurniejsza rzecz pod Słońcem

Czuliście się kiedyś tak, jakby ktoś wrzucił was do grafomańskiego filmu albo do odcinka jakiegoś wyjątkowo głupiego serialu? Robiliście kiedyś najdurniejszą rzecz pod Słońcem? Ja robiłam, parę razy. A przypomniałam sobie dziś rano jak robiłam kawę

Co ma do tego kawa? Już mówię. To było jakieś 2 - 3 lata temu, kiedy pojechałam w góry z Klubem Turystycznym Psychologów (swoją drogą taka ze mnie Turystka, jak i Psycholog...). No i któregoś pięknego ranka chciałam sobie zrobić kawę. Ot, zwykła moja codzienna potrzeba, druga według ważności - po powietrzu. Bo nawet najczystsze i najbardziej orzeźwiające górskie powietrze nie zastąpi mi kawy. (Co ja gadam, powietrzem się oddycha, a pić coś trzeba. Z rana najlepiej coś z kofeiną). Po wsypaniu kawy, wlaniu wody i dolaniu mleka sięgnęłam po pojemnik z czymś białym, co wzięłam za cukier. I nie będzie chyba dla nikogo zaskoczeniem jeśli powiem, że to coś białe okazało się solą. A przekonałam się o tym po pierwszym łyku, poczynionym, rzecz jasna, na oczach świadków. Wyjątkowo durne, nie? Zupełnie jak w sitcomie.

Ale to jeszcze nie wszystko! Po przerwie pokażemy państwu Adę siedzącą w pociągu i zapamiętale bazgrzącą na... No właśnie: na czym? Tego dowiedzą się państwo po przerwie. Zostańcie z nami!

--
PRZERWA NA DYGRESJĘ

Jestem cholernie uzależniona od kawy. Dopóki się jej rano nie napiję, czuję się jak chodzący trup, a ludzie boją się ze mną rozmawiać. Najbardziej lubię kawę rozpuszczalną, z niewielką ilością mleka i dwiema łyżeczkami cukru. Lubię też z ekspresu, ale wtedy to musi być sati waniliowa.

KONIEC PRZERWY NA DYGRESJĘ
--

Przed przerwą widzieliście Adę sypiącą sobie sól do kawy. A teraz czas na obiecaną Adę w pociągu.

Jechałam sobie, jak codzień, pociągiem relacji Małkinia (albo Tłuszcz) - Warszawa Wileńska. Jechałam na zajęcia, wyglądałam przez okno i nagle przyszła mi do głowy Myśl. Myśl bardzo szybko zaczęła się rozwijać i przybierać interesujące kształty. No to pomyślałam: zapiszę. Wyjęłam długopis, sięgnęłam po zeszyt - w końcu jechałam na zajęcia, a jak się jedzie na zajęcia, to zeszyt musi gdzieś być. Sięgnęłam - a tu figa! Zeszytu nie ma. Jest butelka z wodą, jest książka z biblioteki, a zeszytu nie ma. To może chociaż jakaś kartka? Jakakolwiek? Kartki też nie znalazłam. Po bilecie kolejowym bałam się pisać. No to co miałam zrobić? Wyjęłam te chusteczki i zaczęłam pisać. Zapisałam jedną, ale za to z dwóch stron, drobnym maczkiem. Za podpórkę służył mi portfel.Czułam się cholernie idiotycznie. Przez całą drogę pisałam na chusteczce higienicznej, i jednocześnie modliłam się, żeby nikt nie zwrócił na to uwagi. (Nie wiem, czy ktoś zwrócił, bo nie patrzyłam...)

Przedstawione tu sceny były wykonywane pod Ścisłym Nadzorem.

Dzieci, nie róbcie tego w domu.



poniedziałek, 08 maja 2006
Laptoki

Skoro już jesteśmy przy zmorach i potworach, opowiem wam o laptokach. Śnił mi się dziś jeden. Wczoraj też. I przedwczoraj, i przed-przedwczoraj...

Jakiś miesiąc - może dwa - temu, miałam już serię snów o laptokach. Na szczęście krótką serię. A teraz ni stąd, ni zowąd, laptoki wróciły. Jeśli mam być całkiem szczera, to nie wiem, czy zawsze śni mi się ten sam laptok, czy co noc inny. Podejrzewam, że ten sam, bo niewiele się zmienia. Zawsze ma bardzo ostry monitor i bardzo płaską klawiaturę. I zawsze gram na nim w jakąś grę, Need For Speed Ileśtam, albo wariacje na jej temat.

Czy to różne laptoki, czy ten sam - to jednak najmniejszy problem. Prawdziwy problem to zasadność obecności laptoka w moich snach. No bo ja rozumiem - obsesja, albo monomania. W takim wypadku laptoki miałyby prawo mi się śnić, kiedy tylko by zechciały, o dowolnej porze dnia i nocy. Ale rzecz w tym, że nie mam w tej chwili żadnej obsesji ani monomanii. A już w szczególności nie mam ich na punkcie laptoków. Mało tego - LAPTOP nigdy nie był przedmiotem mojego pożądania. W zupełności wystarcza mi zwykły komputer, który spełnia, raz lepiej a raz gorzej, swoje podstawowe funkcje: łączy mnie z internetem i odtwarza i nagrywa DVD.

No to Ki Diabeł napuścił na mnie te laptoki? Po jaką cholerę co noc śni mi się laptok? To już zaczyna być męczące i nudne - bo żeby jeszcze co drugą noc, albo chociaż jakoś zasadniczo różne laptoki... Ale nie. Co noc, co pieprzoną noc, śni mi się czarny laptok z bardzo ostrym monitorem i bardzo płaską klawiaturą, na którym to laptoku gram sobie w coś na kształt Need For Speed. No kurde, jakiś obłęd!

niedziela, 07 maja 2006
Duch Czasu

Ziemia zaś była bezładem i pustkowiem: ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód, a Duch Boży unosił się nad wodami (Rdz 1, 2).

To on unosił się nad wodami. Znany jako Duch Boży. Był przy stworzeniu świata, a dziś jest tutaj z nami. Panie i panowie, gwiazdą dzisiejszego programu jest Duch Czasu.

Duch Czasu został stworzony przez Boga dla Ludzi, Zwierząt, Roślin i całej reszty Świata. Jego odwiecznym zadaniem jest inicjowanie Procesów i sterowanie nimi. Ludzie cenią go szczególnie za umiejętność zmagania się z upiorami.

Duch Czasu. Upiór - a jednocześnie - przeciwwaga, zaprzeczenie i dopełnienie dla wszystkich innych upiorów. Kiedy rodzi się upiór, on już tam jest, gotowy do działania. Czeka po drugiej stronie, w Przyszłości, symetrycznie względem punktu wybranego według sobie tylko znanych zasad. Startuje równo z Upiorem i obaj podążają w linii prostej, jeden w kierunku drugiego. A kiedy dochodzi do spotkania, przenikają się i mijają, stawiając sobie nawzajem opór. Im dalej w przeszłość, tym mniej Ducha Czasu, a więcej Upiora. Im dalej w przyszłość, tym mniej Upiora, a więcej Ducha Czasu.

W Przyszłości, zdominowanej przez Ducha Czasu, upiory tracą na sile i znaczeniu. Rzeczy wracają na właściwe miejsca i odzyskują właściwe barwy i proporcje. Rzeczywistość przestaje być zero-jedynkowa, a kategorie przestają być absolutne. Człowiek nie grzęźnie już w poszczególnych Elementach, a porusza się płynnie pomiędzy nimi. I zyskuje wiedzę, co należy wziąć w nawias, a co w cudzysłów, co podkreślić, a co wykropkować, i jak tym wszystkim operować.



sobota, 06 maja 2006
Posłuchajcie kolegi

I zacznijcie myśleć. Zamiast załamywać ręce i biadolić, kto to się znowu dostał do koryta.

Bo ja się zapytuję skąd to całe halo i oburzenie, że Giertych z Lepperem są wice. Jakby byli w czymś gorsi od Dorna i Gilowskiej. Ludzie czy wy w ogóle wiecie co mówicie? Dla mnie w zsadzie powstanie tej koalicji nawet nie jest czymś gorszym niż to co było, bo nawet bez tych barwnych postaci w rządzie i tak był kaczyzm i w ogóle było najgorzej jak się da.. Jak dla mnie rząd z wczoraj i ten z dziś niczym się nie różni, jest tak samo beznadziejny. Bo niby co złego w tym, że Giertych ma ministerstwo edukacji? Wprowadzi obowiązkową religię do szkół? HAHAHA! A Lepper? No właśnie co złego w tym, że ktoś doświeadczony zarówno politycznie jak i w pracy na roli jest ministrem rolnictwa? Myślicie, że jakiś wypierdek po historii sztuki (bo mniej więcej tym się zajmował minister Jurgiel) był lepszy? Dla mnie zmiana na tym stanowisku to nawet zmiana na lepsze. Powiedzą cham. A "spieprzaj dziadu" prezydenta najjaśniejszej to nie chamstwo?(...)

Naprawdę nie dajmy się zmanipulować prasie i myślmy samodzielnie. Każdy w końcu wie, że Polsce zostało już mało do rozpieprzenia a nowa koalicja będzie zbyt zajęta kampanią wyborczą d osamorządów by skutecznie działać (to znaczy rozpieprzać), a gdzieś koło września czy października rozpadnie się, bo wszyscy będą wszystkich oskarżać o wbijanie noża w plecy. Pewnie wszyscy bedą mieli rację(...)

Sama nie miałam najmniejszego zamiaru podejmować tej tematyki, bo już od dawna poraża mnie jałowość jakichkolwiek rozważań o polityce. Warto przeczytać cały tekst Vilarda, bo dotyka istoty rzeczy i, w pewien sposób, właśnie o tej jałowości mówi.



1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13