Obserwacje, inspiracje, dywagacje, fakty, akty przemocy i niemocy, artefakty, zmory i potwory
środa, 05 lipca 2006
Dziury w niepamięci

Niektórzy ludzie mają cholernie dobrą pamięć. I obok rzeczy znaczących, zapamiętują całą masę rzeczy kompletnie neutralnych, do niczego nie przydatnych. Zapamiętują dokładnie i raz na zawsze. Potrafią wyrecytować wszystkie wyuczone w dzieciństwie (i od tamtej pory nieużywane) modlitwy, zaśpiewać piosenki z dobranocek sprzed kilkunastu lat (od tamtej pory niesłyszane), powiedzieć, jakie przeboje królowały na listach przebojów w dowolnym okresie, pokazać, gdzie stało ich biurko, przy którym odrabiali lekcje, kiedy mieli 7,8,9,13,16 lat, potrafią też wymienić imiona i nazwiska wszystkich swoich koleżanek i kolegów z zerówki, podstawówki i liceum - a jakby tego było mało, pamiętają gdzie kto siedział i jak wyglądał.

Pamiętam to wszystko - i jeszcze całe mnóstwo innych równie niepotrzebnych rzeczy. Do diabła, pamiętam nawet, jaki był numer telefonu do radiowej Trójki czternaście lat temu (628-03-28, a od tamtego czasu zdążył się ze sto razy zmienić). Nie powiem, żeby pamiętanie tych wszystkich głupot w czymś mi przeszkadzało (i tym bardziej nie powiem, żeby mi w czymś pomagało).

Problem zaczyna się, kiedy o czymś należy zapomnieć. Jaki normalny człowiek chciałby np. permanentnie pamiętać o tym, że kiedyś umrze? W moim wypadku jednak siła pamiętania jest tak duża, że siła zapominania nie potrafi jej do końca zrównoważyć. I pojawiają się dziury w niepamięci. W najmniej oczekiwanych momentach, ni stąd, ni zowąd, przypomina mi się: że kiedyś umrę (a mój Kot to nawet wcześniej), że muszę załatwić jakąś Sprawę, zanim ona mnie załatwi, że nic nie wiem prawie na żaden temat, że jestem Polką, że całe szczęscie że nie Arabką, itd, itp, etc. A co powiedzieć o problemach, których właściwością jest to, że przestają istnieć, kiedy się zapomina, że istnieją?

Dziś, jakieś pół godziny temu, ni stąd ni zowąd przypomniało mi się, że nic nie wiem prawie na żaden temat. Trochę mnie to przygnębiło.

Ada
wtorek, 04 lipca 2006
Gówno dupa gwadelupa

Dziś mnie zatkało.

Dlatego daję same obrazki. Dupa psia w dwóch odsłonach:

1. Dupa psa anonimowego.



2. Dupa psa zaznajomionego. (Zdjęcie wykorzystane bez wiedzy i zgody Autorki bądź Autora - nie jestem pewna, kto je robił ;-)




P.S. Odbyłam dziś dwie rozmowy, które mogę bez wahania zaliczyć do pierwszej dziesiątki najbardziej absurdalnych, bezprzedmiotowych i frustrujących rozmów w moim życiu.

P.P.S. "Mnie nie interesują meandry pani poczynań. Ja mam urlop i mnie tu właściwie nie powinno być".

P.P.P.S. Jak to możliwe, że znam regulamin Wydziału lepiej niż panie z dziekanatu???!

P.P.P.P.S. Przykro mi, ale nie zamierzam kontynuować swoich dociekań, bo to wszystko robi się zbyt głupie.

Ada
poniedziałek, 03 lipca 2006
Wszystko wielkie

...na moim wielkim monitorze. Powiecie: Gdzie tam wielki? Tylko siedemnastocalowy. A ja wam powiem: Właśnie że wielki. Poprzedni był czternastocalowy.

Dostałam go dziś rano. Mogłam go mieć już w czwartek, ale nie obyło się bez perturbacji. (Ja wiedziałam, że tak będzie aha aha). Podłączyłam i patrzę. Obejrzałam wszystkie portale i wszystkie blogi, jakie znam. Obraz ostry jak skalpel chirurgiczny, jaśniejsze kolory, mnóstwo przestrzeni. Większy monitor to nowa jakość. Pomijam różnice między kineskopem a lcd w jakości wyświetlania obrazu. Bardziej chodzi mi o zmiany jakościowe nieodłącznie wynikające ze zmian ilościowych.

Dłuższa przekątna ekranu to więcej przestrzeni - a co za tym idzie - inne jej zagospodarowanie. I inna perspektywa. (Dopiero teraz tak naprawdę zaczęło mnie denerwować to, że większość bloxów w firefoksie wyświetla się nie pośrodku, a wyrównana do lewej). Gubię się na tych wielkich połaciach ekranu, które najprawdopodobniej do końca świata będą leżeć niewykorzystane i straszyć pustką. Taki obraz widzę np. teraz, kiedy piszę tą notkę. Okno z edytorem bloxowym zajmuje co najwyżej 30% ekranu, a reszta to jednolita szara przestrzeń.

Mój mózg - i wszystkie moje nawyki - są zaprogramowane na ekran o 14-calowej przekątnej, bo taki miałam przed sobą przez ostatnie osiem lat. Z małymi przerwami, kiedy korzystałam z komputerów na wydziale - tamte monitory mają 15 cali. Różnica lekko uwierająca, ale nie aż tak oszałamiająca, żeby krawędzie okien, które powinny być (i zapewne są) prostopadłe, wydawały się rozbiegać, każda pod innym kątem. Nie potrafię na razie objąć tych kilometrów centymetrów dodatkowej przestrzeni.

Zmiana perspektywy jest trudna. Ale fascynująca.

(Tak, wiem, już jutro - a najpóźniej pojutrze - przyzwyczaję się do nowego monitora i będę się dziwiła, jak mogłam wypisywać takie bzdury. Tym niemniej mam dowód na piśmie - że mogłam).

Ada
niedziela, 02 lipca 2006
Ani minuty jazzu

Jazz jest dobry do słuchania. Jazz stary, średniostary i nowy. Nie zawsze i nie każdy jazz - zależy, co kto lubi. Ja lubię to, co mi oferuje Jazz Radio. Herbiego Hancoca, Cassandrę Wilson, Viktorię Tolstoy, Tomasza Stańko, Weather Report (wszystkich razem i każdego z osobna), Steviego Wondera (tak! Kiedyś na pewno napiszę o nim osobną notkę) i wielu, wielu innych.

Jazz jest dobry, ale nie jako tło. Bo za bardzo absorbuje i co chwila odrywa od pracy. Im bardziej potrzebuję się w coś zaangażować, i na czymś skupić, tym bardziej jazz mi przeszkadza. W takich sytuacjach potrzebny jest rock.

Odkryłam Eskę Rock. Przez zupełny przypadek - grali Hendrixa i się zatrzymałam. Normalnie omijałabym wszytko, co ma "Eskę" w nazwie, z powodów, o których kiedyś pisałam. A tu niespodzianka. Hasłem radia jest "Gramy co chcemy" i z przyjemnością stwierdzam, że hasło jest adekwatne. Grają dobrego rocka, zarówno całkiem starego, jak i całkiem nowego. I nie mogę się nacieszyć, że promują Mike'a Pattona w jednym z jego licznych wcieleń. Jak dotąd, uwielbiam Pattona w każdym wcieleniu. (Przy czym cała moja znajomość jego muzyki bierze się wyłącznie z tego, co oferują mi różne media. Kto wie, może lubiłabym go mniej, gdybym znała lepiej ;-).

Chwała niech będzie Bogu w niebiosach i chwała niech będzie prezenterom radia, że żadnemu z nich nie przychodzi do głowy grać tych najrozmaitszych Perfektów, Lejdipanków i innych Bajmów. Wybaczcie mi, drodzy trzydziesto- i czterdziestoparolatkowie, ale muzyka wyżej wymienionych nie ma żadnych wartości, poza - dla Was - sentymentalnymi. I gdybym tylko usłyszała pierwsze takty "Chcemy być sobą", czy "Autobiografii" - natychmiast bym zmieniła stację.

Nie słuchałam dziś ani minuty jazzu. Zdążyłam już zapomnieć, jak to jest słuchać dobrego rocka - i muszę sobie przypomnieć. Ta muzyka świetnie pomaga uporządkować myśli. I dlatego sprawdza się w sytuacjach, kiedy zaczynają się one zachowywać jak pranie w czasie wirowania.

Wednesday Addams Ada

czwartek, 29 czerwca 2006
Baiecznie y kolorowo

[Notka sponsorowana inspirowana].

Na specjalne życzenie M.S.-a z komentarzy, który woła o kolory:

Radość nad radościami i wszystko radość. (We wszystkich kolorach tęczy).

A jak jest Radość, to trzeba jej znaleźć Powód. Niechaj więc będzie Powód następujący:

Założyłam sobie wielgachne nowe konto mejlowe i od tej pory moim jedynym słusznym adresem jest: ada667@gmail.com

Do końca świata nie będę musiała kasować ani jednego mejla, który do mnie przyjdzie - bo konto ma 2739 MB pojemności! Tu się nie kasuje - tu się archiwizuje.

P.S. Dowiedziałam się właśnie od jednego pana z internetu, że używanie słów link, skan, fotka i koment jest niezaprzeczalnym świadectwem upodlenia prowadzącego prostą drogą w odchłanie piekielne. No to używam: link! link! link! skan! link! fotka! fotka! link! koment! fotka! link! koment! fotka! We wszystkich kolorach tęczy. Na życzenie i ku chwale.

Ada

Co można robić po ciemku...

... w taką porę, kiedy chłodne nocne powietrze jest zbyt cenne, żeby zamknąć okno, a owady są zbyt dokuczliwe, żeby dać im zaproszenie w postaci zapalonej lampki? I kiedy spojrzenie na zegarek, poparte wsłuchaniem się w sygnały płynące z własnego ciała, pozbawiają jakichkolwiek złudzeń co do szybkiego zaśnięcia?

Czytanie odpada - bo wymaga światła. Telewizor i komuter też - bo dają światło. Może muzyka? Nie, lepiej coś bardziej stymulującego intelektualnie. W końcu zapowiada się długi wieczór. Radio. To jest rozwiązanie. Włączyć radio i znaleźć jakieś audycje gadane. Trójka zawsze była pod tym względem niezawodna. Ale co to? W Trójce dziś grają i nie mają zamiaru gadać. Tok FM? Cholera, nie ustawiony. Była awaria, radio się rozprogramowało, musiałam programować na nowo. Najwyraźniej pominęłam Tok FM. Naprawię ten problem, ale nie teraz, nie po ciemku. To co? Przerzucam stacje bez przekonania. Tu grają, tu grają, tu zawodzą, tu rzempolą... O jest! Radio Józef. Ostatnia deska ratunku - jak zawsze w takich sytuacjach.

Leżę i słucham. Mówią o Brulionie. Straszne nudy. Czytają Świetlickiego, wspominają Tekielego. Tego Tekielego - Pierwszego Pogromcę Harry'ego Pottera w naszym kraju. Patrzę na wyświetlacz. 96,50; FM - 16. Częstotliwość stacji i jej numer, przypisany arbitralnie w trakcie programowania. Nie widzę tego dokładnie, tylko rozmazane zielone plamy, układające się w pewien kształt na czarnym tle. Wchodzą piosenki. Bardzo chrześcijańskie piosenki, bo to bardzo chrześcijańska stacja. Pani śpiewa: Holly Father, here we gather. John Paul Two, we love you! A za chwilę zaczyna się audycja Polskiego Związku Kobiet Katolickich i Radia Józef. Zaproszony do audycji pan ekspert opowiada paniom prowadzącym o roli Natury w życiu człowieka. I nie pozostawia żadnych wątpliwości w kwestii: kto jest Kultura, a kto jest Natura. Naturalnie, kobieta to Natura. A ja protestuję. Nie lubię natury. Miałam jej kiedyś pełno pod oknem, jak babcia hodowała kury. I już mi starczy.

Leżę i coraz mniej słucham, a coraz bardziej patrzę na zielony kształt na wyświetlaczu. Bo oto zaczął się zmieniać. Zaczął się poruszać. Tak jakby w jego poprzek przebiegał miniaturowy podmuch wiatru - od lewej do prawej i z powrotem. I znowu. I znowu. I tak cały czas. Radio mi fiksuje! Ale widział ktoś kiedyś, żeby radio fiksowało w ten sposób, że jego wyświetlacz zaczyna wirować, jakby ożył?

Boże święty, poltergeist!

Chyba powinnam zacząć się bać. Tak, za chwilę zacznę. Jeszcze tylko się temu dokładnie przyjrzę. Dalej się rusza. Jakby ktoś dmuchał na te świecące literki i one się rozsypywały, a potem wracały na miejsce. Jakby ktoś przeciągał po nich czymś czarnym. Jakby latało po nich coś czarnego.

Ćma! Cholerna ćma lata mi po wyświetlaczu! A skąd ona się tu wzięła, głupia jedna - przecież zgasiłam światło zanim otworzyłam okno!

Tak było wczoraj. A dziś siedzę przy zapalonym świetle, włączonym komputerze i zamkniętym oknie. I nie słucham Radia Józef.

Ale już wyłączam to cholerstwo, bo mnie oczy bolą od wpatrywania się w ośmioletni monitor. (Jedzie do mnie nowy, zamówiony przez internet. Tylko patrzeć jak przyjedzie. Podłączę go sobie i już nie będą mnie bolały oczy).

Poza tym robi się duszno. Trzeba otworzyć okno. Dobranoc.

Ada

środa, 28 czerwca 2006
Księga skarg i zażaleń

Siedzi sroka na żerdzi i twierdzi

Siedzi Ada na dupie i zrzędzi (Jak ktoś nie chce to nie musi tego czytać. Ale ja muszę pozrzędzić):

1. Tak. To prawda, że obok super-duper-wzniosłych ideałów, mojemu postępowaniu nieodłącznie przyświecają pobudki tak przyziemne jak rozjechane krowie gówno. Mimo największego wysiłku, nie mogę przeboleć faktu, że nie zdawałam egzaminu na kolejny stopień kyu (czyli kolejny kolor pasa w karate). Bo ja, żeby się rozwijać, muszę mieć jakieś bodźce zewnętrzne. Bez nich mój napęd wewnętrzny powoli się wypala.

I nie mogę przeboleć tego, że nie mam gdzie ćwiczyć. Bo wszelkie sensowne sekcje karate: a) są zamknięte w wakacje, b) znajdują się na końcu świata lub c) uczą zupełnie innego stylu karate niż ten, którego ja się uczyłam.

A najbardziej ze wszystkiego nie mogę przeboleć, że stopniowo coraz bardziej mi się nie chce (np. szukać sekcji). Po prawie trzech latach treningu mam poczucie, jakby ktoś wyczyścił mi całą pamięć mięśniowo - ruchową. I wyssał wszelką energię - mam jej ostatnio tyle, co rozdeptany ślimak.

2. Jest mi zupełnie obojętny fakt, czy dostanę stypedium, czy go nie dostanę. Tym niemniej: piszę prace, na które nie mam pomysłu, jeżdżę po wpisy do wykładowców, którzy nie przychodzą na dyżury, denerwuję się, patrzę na kalendarz, pilnuję terminów - a to wszystko tylko dlatego, że nie zniosłabym ewentualnej świadomości, że miałabym stypendium, gdybym tylko rozliczyła indeks wcześniej.

Napisałam ostatnią pracę zaliczneniową w weekend. W założeniu miała to być praca konkretna, klarowna, z licznymi odwołaniami do życia codziennego. W rezultacie wyszła praca zagmatwana i przekombinowana. Kiedy zaczynałam ją pisać, byłam do niej przekonana. Im dalej jednak szłam w las, tym bardziej moje przekonanie malało. Kiedy wreszcie skończyłam, uznałam, że nie wierzę w ani jedno zdanie, które napisałam. Pogubiłam się we własnych abstrakcyjnych konstruktach. Wyszły mi brednie w stylu pana Vanitas_vanitatum (nie linkuję z premedytacją).

Po raz pierwszy w historii mojej edukacji martwię się terminami i ocenami. A jak już się martwić - to na całego...

3. Wszystko mi idzie koszmarnie opornie. Albo nie idzie mi wcale.

4. No i ten upał. (Na razie zniknął. Ale wiem, że wróci).

Ada

Nęka, szturcha i podgryza

Ze wszystkich stron. Coś mnie. Różne sprawy: właśnie załatwione, w trakcie załatwiania, do załatwienia i nie do załatwienia.

Mam problemy z czasem. A to się gdzieś skraca, a to wydłuża; łamie, skręca i wywija. Zdarzenia zataczają koło. Jakby zatoczyły ciaśniej - byłaby pętla. (A w pętlę to sobie można głowę wsadzić.)

No i jeszcze Upał. A ten nie tylko nęka, szturcha i podgryza - ale i obsiada. Ze wzystkich stron naraz.

Ada

piątek, 23 czerwca 2006
Maniakalnie

Maniakalnie???
No co też pani, pani Krysiu. Maniakalnie to by było na przykład, gdybym co godzinę coś tu wpisywała. Albo gdybym nie odchodziła od bloga ani na sekundę. A te kilka wpisów? Że jednego dnia? Tak mi akurat w duszy grało. Od tego w końcu jest blog - żeby na nim pisać, co tam komu zagra.

Pogasiłam światła, pozamykałam szatnie - tu są klucze. Niech już pani tak dokładnie nie zamiata. Ludzie i tak nie zwracają uwagi na te pojedyncze paproszki. Wchodzą tu i wychodzą. Czasem trochę posiedzą, pogadają, wypiją, zjedzą.

To ja wychodzę. Jest już późno, a jutro zapowiada się ciężki dzień. Trzeba pisać pracę zaliczeniową. Dość już tego pławienia się w upodlającym nieróbstwie.

Pani też niech się zbiera, pani Krysiu. Noc - choćby i bezsenna - jest od tego, żeby odpoczywać. Dobranoc pani Krysiu, dobranoc rodacy. Nocy pełnej snów i owocnego dnia pracy.

Ada vel pani Krysia
To jest To!

"To" Stephena Kinga. Książka rozpisana - bardzo rozpisana - na milion dwieście stron. (Tak naprawdę na tysiąc dwieście). Ale to wszystko Brzmi, to wszystko Żyje, to wszystko ma Klimat. Znajdźcie mi współczesnego pisarza, który potrafi lepiej niż King opisać życie na zadupiu.

Zobaczycie, ja wam mówię, zobaczycie. Za sto lat King będzie tak jak dziś Dickens - doceniany przez Elyty.

Ada
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13