Obserwacje, inspiracje, dywagacje, fakty, akty przemocy i niemocy, artefakty, zmory i potwory
czwartek, 29 czerwca 2006
Baiecznie y kolorowo

[Notka sponsorowana inspirowana].

Na specjalne życzenie M.S.-a z komentarzy, który woła o kolory:

Radość nad radościami i wszystko radość. (We wszystkich kolorach tęczy).

A jak jest Radość, to trzeba jej znaleźć Powód. Niechaj więc będzie Powód następujący:

Założyłam sobie wielgachne nowe konto mejlowe i od tej pory moim jedynym słusznym adresem jest: ada667@gmail.com

Do końca świata nie będę musiała kasować ani jednego mejla, który do mnie przyjdzie - bo konto ma 2739 MB pojemności! Tu się nie kasuje - tu się archiwizuje.

P.S. Dowiedziałam się właśnie od jednego pana z internetu, że używanie słów link, skan, fotka i koment jest niezaprzeczalnym świadectwem upodlenia prowadzącego prostą drogą w odchłanie piekielne. No to używam: link! link! link! skan! link! fotka! fotka! link! koment! fotka! link! koment! fotka! We wszystkich kolorach tęczy. Na życzenie i ku chwale.

Ada

Co można robić po ciemku...

... w taką porę, kiedy chłodne nocne powietrze jest zbyt cenne, żeby zamknąć okno, a owady są zbyt dokuczliwe, żeby dać im zaproszenie w postaci zapalonej lampki? I kiedy spojrzenie na zegarek, poparte wsłuchaniem się w sygnały płynące z własnego ciała, pozbawiają jakichkolwiek złudzeń co do szybkiego zaśnięcia?

Czytanie odpada - bo wymaga światła. Telewizor i komuter też - bo dają światło. Może muzyka? Nie, lepiej coś bardziej stymulującego intelektualnie. W końcu zapowiada się długi wieczór. Radio. To jest rozwiązanie. Włączyć radio i znaleźć jakieś audycje gadane. Trójka zawsze była pod tym względem niezawodna. Ale co to? W Trójce dziś grają i nie mają zamiaru gadać. Tok FM? Cholera, nie ustawiony. Była awaria, radio się rozprogramowało, musiałam programować na nowo. Najwyraźniej pominęłam Tok FM. Naprawię ten problem, ale nie teraz, nie po ciemku. To co? Przerzucam stacje bez przekonania. Tu grają, tu grają, tu zawodzą, tu rzempolą... O jest! Radio Józef. Ostatnia deska ratunku - jak zawsze w takich sytuacjach.

Leżę i słucham. Mówią o Brulionie. Straszne nudy. Czytają Świetlickiego, wspominają Tekielego. Tego Tekielego - Pierwszego Pogromcę Harry'ego Pottera w naszym kraju. Patrzę na wyświetlacz. 96,50; FM - 16. Częstotliwość stacji i jej numer, przypisany arbitralnie w trakcie programowania. Nie widzę tego dokładnie, tylko rozmazane zielone plamy, układające się w pewien kształt na czarnym tle. Wchodzą piosenki. Bardzo chrześcijańskie piosenki, bo to bardzo chrześcijańska stacja. Pani śpiewa: Holly Father, here we gather. John Paul Two, we love you! A za chwilę zaczyna się audycja Polskiego Związku Kobiet Katolickich i Radia Józef. Zaproszony do audycji pan ekspert opowiada paniom prowadzącym o roli Natury w życiu człowieka. I nie pozostawia żadnych wątpliwości w kwestii: kto jest Kultura, a kto jest Natura. Naturalnie, kobieta to Natura. A ja protestuję. Nie lubię natury. Miałam jej kiedyś pełno pod oknem, jak babcia hodowała kury. I już mi starczy.

Leżę i coraz mniej słucham, a coraz bardziej patrzę na zielony kształt na wyświetlaczu. Bo oto zaczął się zmieniać. Zaczął się poruszać. Tak jakby w jego poprzek przebiegał miniaturowy podmuch wiatru - od lewej do prawej i z powrotem. I znowu. I znowu. I tak cały czas. Radio mi fiksuje! Ale widział ktoś kiedyś, żeby radio fiksowało w ten sposób, że jego wyświetlacz zaczyna wirować, jakby ożył?

Boże święty, poltergeist!

Chyba powinnam zacząć się bać. Tak, za chwilę zacznę. Jeszcze tylko się temu dokładnie przyjrzę. Dalej się rusza. Jakby ktoś dmuchał na te świecące literki i one się rozsypywały, a potem wracały na miejsce. Jakby ktoś przeciągał po nich czymś czarnym. Jakby latało po nich coś czarnego.

Ćma! Cholerna ćma lata mi po wyświetlaczu! A skąd ona się tu wzięła, głupia jedna - przecież zgasiłam światło zanim otworzyłam okno!

Tak było wczoraj. A dziś siedzę przy zapalonym świetle, włączonym komputerze i zamkniętym oknie. I nie słucham Radia Józef.

Ale już wyłączam to cholerstwo, bo mnie oczy bolą od wpatrywania się w ośmioletni monitor. (Jedzie do mnie nowy, zamówiony przez internet. Tylko patrzeć jak przyjedzie. Podłączę go sobie i już nie będą mnie bolały oczy).

Poza tym robi się duszno. Trzeba otworzyć okno. Dobranoc.

Ada

środa, 28 czerwca 2006
Księga skarg i zażaleń

Siedzi sroka na żerdzi i twierdzi

Siedzi Ada na dupie i zrzędzi (Jak ktoś nie chce to nie musi tego czytać. Ale ja muszę pozrzędzić):

1. Tak. To prawda, że obok super-duper-wzniosłych ideałów, mojemu postępowaniu nieodłącznie przyświecają pobudki tak przyziemne jak rozjechane krowie gówno. Mimo największego wysiłku, nie mogę przeboleć faktu, że nie zdawałam egzaminu na kolejny stopień kyu (czyli kolejny kolor pasa w karate). Bo ja, żeby się rozwijać, muszę mieć jakieś bodźce zewnętrzne. Bez nich mój napęd wewnętrzny powoli się wypala.

I nie mogę przeboleć tego, że nie mam gdzie ćwiczyć. Bo wszelkie sensowne sekcje karate: a) są zamknięte w wakacje, b) znajdują się na końcu świata lub c) uczą zupełnie innego stylu karate niż ten, którego ja się uczyłam.

A najbardziej ze wszystkiego nie mogę przeboleć, że stopniowo coraz bardziej mi się nie chce (np. szukać sekcji). Po prawie trzech latach treningu mam poczucie, jakby ktoś wyczyścił mi całą pamięć mięśniowo - ruchową. I wyssał wszelką energię - mam jej ostatnio tyle, co rozdeptany ślimak.

2. Jest mi zupełnie obojętny fakt, czy dostanę stypedium, czy go nie dostanę. Tym niemniej: piszę prace, na które nie mam pomysłu, jeżdżę po wpisy do wykładowców, którzy nie przychodzą na dyżury, denerwuję się, patrzę na kalendarz, pilnuję terminów - a to wszystko tylko dlatego, że nie zniosłabym ewentualnej świadomości, że miałabym stypendium, gdybym tylko rozliczyła indeks wcześniej.

Napisałam ostatnią pracę zaliczneniową w weekend. W założeniu miała to być praca konkretna, klarowna, z licznymi odwołaniami do życia codziennego. W rezultacie wyszła praca zagmatwana i przekombinowana. Kiedy zaczynałam ją pisać, byłam do niej przekonana. Im dalej jednak szłam w las, tym bardziej moje przekonanie malało. Kiedy wreszcie skończyłam, uznałam, że nie wierzę w ani jedno zdanie, które napisałam. Pogubiłam się we własnych abstrakcyjnych konstruktach. Wyszły mi brednie w stylu pana Vanitas_vanitatum (nie linkuję z premedytacją).

Po raz pierwszy w historii mojej edukacji martwię się terminami i ocenami. A jak już się martwić - to na całego...

3. Wszystko mi idzie koszmarnie opornie. Albo nie idzie mi wcale.

4. No i ten upał. (Na razie zniknął. Ale wiem, że wróci).

Ada

Nęka, szturcha i podgryza

Ze wszystkich stron. Coś mnie. Różne sprawy: właśnie załatwione, w trakcie załatwiania, do załatwienia i nie do załatwienia.

Mam problemy z czasem. A to się gdzieś skraca, a to wydłuża; łamie, skręca i wywija. Zdarzenia zataczają koło. Jakby zatoczyły ciaśniej - byłaby pętla. (A w pętlę to sobie można głowę wsadzić.)

No i jeszcze Upał. A ten nie tylko nęka, szturcha i podgryza - ale i obsiada. Ze wzystkich stron naraz.

Ada

piątek, 23 czerwca 2006
Maniakalnie

Maniakalnie???
No co też pani, pani Krysiu. Maniakalnie to by było na przykład, gdybym co godzinę coś tu wpisywała. Albo gdybym nie odchodziła od bloga ani na sekundę. A te kilka wpisów? Że jednego dnia? Tak mi akurat w duszy grało. Od tego w końcu jest blog - żeby na nim pisać, co tam komu zagra.

Pogasiłam światła, pozamykałam szatnie - tu są klucze. Niech już pani tak dokładnie nie zamiata. Ludzie i tak nie zwracają uwagi na te pojedyncze paproszki. Wchodzą tu i wychodzą. Czasem trochę posiedzą, pogadają, wypiją, zjedzą.

To ja wychodzę. Jest już późno, a jutro zapowiada się ciężki dzień. Trzeba pisać pracę zaliczeniową. Dość już tego pławienia się w upodlającym nieróbstwie.

Pani też niech się zbiera, pani Krysiu. Noc - choćby i bezsenna - jest od tego, żeby odpoczywać. Dobranoc pani Krysiu, dobranoc rodacy. Nocy pełnej snów i owocnego dnia pracy.

Ada vel pani Krysia
To jest To!

"To" Stephena Kinga. Książka rozpisana - bardzo rozpisana - na milion dwieście stron. (Tak naprawdę na tysiąc dwieście). Ale to wszystko Brzmi, to wszystko Żyje, to wszystko ma Klimat. Znajdźcie mi współczesnego pisarza, który potrafi lepiej niż King opisać życie na zadupiu.

Zobaczycie, ja wam mówię, zobaczycie. Za sto lat King będzie tak jak dziś Dickens - doceniany przez Elyty.

Ada
Drogie dzieci,

Myślą przewodnią dzisiejszej pogadanki będzie wychodzenie z letniego odrętwienia.

Taaak. Wychodzimy Z Letniego Odrętwienia. Pana to też dotyczy. I pani w zielonym tiszercie. Czy pani w zielonym tiszercie mnie słyszy? Proszę nie spać, bo my tu właśnie wychodzimy z letniego odrętwienia.

Ekhm... A zatem. Doskonałym narzędziem do wychodzenia z letniego odrętwienia jest rower. Robimy więc co następuje. Otwieramy garaż/komórkę/rupieciarnię/czy gdzie tam go trzymamy i wyciągamy rower. Sprawdzamy, czy aby napewno obydwa koła są twarde. Jeżeli którekolwiek z kół jest miękkie, pompujemy do niego powietrze za pomocą pompki rowerowej, tak długo, dopóki nie stanie się twarde. Słucham? Proszę głośniej... Ciężko napompować? Ależ proszę pani, jeśli ja to potrafię, to i pani potrafi!

Napompowany rower jest już gotowy do jazdy. Możemy ewentualnie sprawdzić, czy się nie rozlatuje jak na niego wsiadamy. Jeśli ma dobrze powkręcane śrubki, powinien znieść każdy ciężar. No ja naprawdę nie rozumiem, z czego pan się śmieje. Wsiadamy na rower i pedałujemy, pedałujemy, koła się kręcą, a my pedałujemy. Dokąd? A dokąd tylko nas oczy poniosą. Mówi pani: upał? Ależ jaki upał? Pogoda dziś jak znalazł! A choćby i upał był nie wiem jak wielki - mało to w kraju lasów? Las ma drzewa, a drzewa dają cień. Poza tym nikt nie każe pani jeździć w samo południe (i może jeszcze bez kremu z filtrem). Każda pora jest dobra. Tym niemniej nie polecałabym jazdy wieczorem, kiedy słońce już się chowa. No chyba że chcecie przez całe lato straszyć trupiobladą skórą. Jeśli chcecie - wasza sprawa. Inni będą chodzili ładnie opaleni, a wy będziecie chodzili bladzi. Proszę o ciszę, bo pan z końca chce coś powiedzieć. Słucham? Ile czasu? Około godziny. Jak intensywnie? Wedle uznania i możliwości. Jak dobrać trasę? Jak pan woli. Są osoby, które jeżdżą dla zwiedzania i oglądania - i są osoby, które jeżdżą dla sportu. Ja należę do tej drugiej grupy, ale wspaniałomyślnie zdaję sobie sprawę, że nie dla każdego od razu musi być jasna wyższość jazdy sportowej nad jazdą wycieczkową.

Jeszcze jakieś pytania? Wszystko jest jasne? Jeśli wszystko jest jasne, to co wy tu jeszcze robicie? Zbierać dupy w troki i wsiadać na rowery!

To mówiła belferka Motyla Noga.

--
Byłam na rowerze. Zwiedziłam - a jakże - kawałek Wołomina. Głównie lasy, choć trochę ulic też zwiedziłam. W dalszym ciągu czuję się blada i niewysportowana. Dlatego jeszcze raz pójdę na rower.

Ada
Prawie z Koheleta

Gówno nad gównami i wszystko gówno.

Ada
Diabli!

A diabli by to wszystko wzięli! Całe te wakacje i w ogóle. Niech sobie idą pod cholerę przenajcięższą. Mam pracę do napisania, temat: niemalże dowolny. I nie mam pomysłu. Myślałam: poczekam aż mi Pomysł spadnie z nieba - w końcu zawsze jakiś spada, a czas mam do września.

A tu figa! Ławka stoi i się nie da; a jakby nie stała, to by się dało! - mówił pan z Kabaretu Moralnego Niepokoju. To nie ławka wprawdzie, a inna, choć równie niespodziewana przeszkoda: widmo szansy na stypendium się pojawiło. Przez ostatni rok edukacji Wydział może zechcieć mi płacić za to, że na niego chodzę. Ale hola hola: pod warunkiem, że rozliczę indeks w odpowiednio wczesnym terminie. A zrobię to pod warunkiem, że napiszę pracę w jeszcze wcześniejszym terminie (dokładnie: w najbliższy weekend).

Ale proszę państwa, to jeszcze nie wszystko: muszę napisać nieszczęsną pracę na 5.

I modlić się, żeby wykładowcy, którzy mi się do tej pory do indeksu nie wpisali, poszli za słusznym przykładem wykładowców, którzy już się wpisali - i przeoczyli moje nadprogramowe nieobecności. (Przecież nie powiem nikomu, że nie było mnie na zajęciach z powodu braku nastroju - choćby to była najprawdziwsza prawda...)

Tak. Modlitwa to dobre rozwiązanie. Niech mi tylko ktoś da trochę wiary. Bo bez wiary - to choćby i z krzyżem i z wodą święconą na demona - nie da rady.

Ada

środa, 21 czerwca 2006
Sen o meteorycie

Śniło mi się, że z nieba prosto na Wołomin leciał wielki meteoryt.

Naukowcy obmyślili chytry plan i na skrzyżowaniu dwóch ulic wystawili armatę. Nakierowali lufę na meteoryt, przygotowali kulę i czekali na odpowiedni moment, żeby go zestrzelić.

Oglądałam sobie to wszystko zza krzaka. Meteoryt leciał w kierunku ziemi, a im był bliżej, tym bardziej wyglądał jak kawałek węgla, tyle że nieco większy. Leciał i leciał, a naukowcy wciąż nie strzelali. Już prawie dotykał ziemi, kiedy w końcu strzelili.

I nie trafili. Kula armatnia rozminęła się z meteorytem, który - ani trochę nie wytrącony z równowagi - spadł tuż obok skrzyżowania dwóch ulic. Posypały się odłamki, poleciały iskry i spory kawałek Wołomina poszedł z dymem. (Przypominam, że to był sen!)

W chwili, kiedy meteoryt dzieliło od ziemi mniej niż metr, zorientowałam się, co się święci, odskoczyłam jak najdalej w drugą stronę i padłam na ziemię - bez przekonania, bo myślałam, że już po mnie. Ale, koniec końców, przysmaliło mi tylko brwi, rzęsy i parę włosów na głowie. Odwróciłam się, żeby popatrzeć na spalony Wołomin.

Dawniej taki sen sprawiłby mi ogromną radochę. Przez kilkanaście lat mojego życia marzyłam, żeby spadł z nieba wielki meteoryt i przywalił cały Wołomin. A jeśli nie cały - to przynajmniej część, tę część, na której stała pewna szkoła...
Później zdałam maturę, dostałam się na studia i Wołomin zaczął być Przeszłością - mimo, że dalej leżał na wyciągnięcie ręki i nie przywalił go żaden meteoryt.

Kiedy zaczęłam jeżdzić do Warszawy na uczelnię, wskutek splotu różnych okoliczności, poczułam się wolna, jak nigdy dotąd. Bardzo szybko nabrałam przeświadczenia, że wszelkie chamstwo, ciasnota horyzontów i całe zło tego świata w magiczny sposób zniknęły bezpowrotnie z mojego życia, pozostawione w szeroko pojętej Przeszłości, której częścią był Wołomin. A ja już należałam do innego świata - do świata Stolicy, gdzie były Nowe Horyzonty, Towarzystwo, Inteligencja, Kultura... Musiałam się tym nasycić. Dopiero z czasem zaczęłam wyodrębniać i nazywać po imieniu pewne elementy nowej rzeczywistości, które początkowo budziły we mnie tylko lekką intuicyjną niechęć: warszawka, clubbing, hiperpoprawność polityczna, bełkot akademicki.

Chcąc od tego wszystkiego uciec, uciekłam do świata, do którego bardzo szybko zaczęły wkradać się różne elementy należące w moim przekonaniu do Przeszłości, aż w końcu całkowicie go zdominowały. A ja nie byłam na to przygotowana - w końcu żyłam ze swoim nowym Przeświadczeniem. I - zamiast odpowiednio reagować na rozmaite Paskudztwa - nie mogłam się nadziwić ich istnieniu.

Zamurowało mnie, kiedy uświadomiłam sobie, jak irracjonalne było moje przeświadczenie o tym, że wszystko co złe, pozostało w Przeszłości, i w jak dużym stopniu przeświadczenie to kierowało przez pewien czas moim myśleniem.

Ada


 
1 , 2